Rafał Poleszak w Korei – relacja

Rafał Poleszak w Korei Południowej

Zdjęcia znajdują się pod tym linkiem: http://picasaweb.google.pl/SabumRafal.

Ciekawostki (dla tych którym nie chce się czytać całości)

Uwaga: Dowiedziałem się, że Gen. Choi nie czyta się „czoi” tylko „cze” tak więc mówimy Gen. „Cze hon hi”

Jeśli jakieś osoby byłyby zainteresowane wyjazdem proszę o kontakt po angielsku z Panem Park Cheol Ho, email: gorrillar@hanmail.net i z Prezydentem Kim Boem Suk, email: dojugong@naver.com

Korea jest w 70% pokryta górami. Terenu pod zamieszkanie jest niewiele, dlatego w zabudowie dominują 20-30 piętrowe bloki mieszkalne i biurowce mieszczące w sobie lokale usługowe takie jak restauracje, kafeje internetowe, przychodnie, sklepy a nawet sale gimnastyczne

Klimat
Pogoda jest zróżnicowana, w lecie jest ciepło i wilgotno a w zimie zimno i pada śnieg. Ogólnie temperatury latem są podobne do naszych ale większa wilgotność powoduje zwiększoną potliwość.

Komunikatywność.
Bardzo niewielu Koreańczyków zna angielski komunikatywnie dlatego trudno porozumieć się nawet w banku nie mówiąc o restauracji. Ogromna większość informacji takich jak rozkłady jazdy, plany miast, menu w restauracjach podana jest po Koreańsku

Zakwaterowanie.
Ceny mieszkań jak się dowiedzieliśmy są bardzo wysokie. Wynajęcie mieszkania na krótki czas nie wchodzi w rachubę. Najtańsze hotele to tzw. Love Hotels gdzie Koreańczycy wykupują pokoje żeby przyjemnie spędzić czas we dwoje – cena noclegu ok $30, pokój z łazienką, klimą, tv, lodówką.

Kuchnia
Kuchnia koreańska jest dosyć ostra, duże urozmaicenie potraw więc każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Popularne są restauracje gdzie podawane mięso do stolika goście sami smażą sobie na kuchenkach. Dosyć sporo jest Fast Food’ów i pizzerii.

Transport
W miastach tanie taksówki, adres najlepiej mieć napisany razem z numerem telefonu, kiedy kierowca nie jest pewny gdzie jechać to dzwoni pod dany numer. Między miastami autobusy (od starych rozklekotanych wraków na krótszych trasach do nowoczesnych dalekobieżnych autokarów z fotelami lotniczymi) i pociągi (także od zwykłych powolnych pasażerskich do supernowoczesnego i pędzącego z prędkością 300km/h KTX)
Jeśli chodzi o samochody to jest ich dużo, w 90% koreańskiej produkcji, nowoczesne modele KIA, HYUNDAI, DAEWOO , SSANGYONG i innych. W miastach główne drogi 2 i 3-pasmowe, dobra sieć autostrad 4-pasmowych. Mogą zaszokować skutery jeżdżące po chodnikach lub auta jeżdżące bez świateł lub na światłach postojowych w nocy, klakson używany częściej niż kierunkowskazy

Rozrywka
Knajpy, knajpy i jeszcze raz knajpy w późnych godzinach nocnych. Jako że Koreańczycy pracują do późna spotykają się ok 23ej i chodzą od knajpy do knajpy. Popularne są też bary karaoke, gdzieniegdzie można znaleźć kręgielnie lub bary z bilardem.

Ludzie i życie
Koreańczycy to naród bardzo zapracowany ale i bardzo uczynny i życzliwy. Pracują po 10-12 godzin dziennie a w lato mają 5 roboczych dni urlopu. W miastach mieszka ogromna ilość ludzi ale w sumie nie widać ich na ulicach. Dzieci zajęte są również od rana do ok godz 22ej. Najpierw idą do szkoły, potem prywatne lekcje gry na instrumencie, języka obcego, korepetycje przedmiotowe i zajęcia sportowe. Każdy Koreańczyk musi odbyć 2-letnią służbę wojskową niezależnie od tego czy idzie na studia czy nie.

Sztuki Walki
Korea szczyci się kilkoma własnymi sztukami walki takimi jak Taekwon-do WTF, Hapkido czy Kumdo (droga miecza). Jest tutaj ponad 7 milionów posiadaczy czarnego pasa. Jednak wielu z nich to np. 12-letnie dzieci albo osoby prezentujące naprawdę niski poziom.

Internet
Dostęp do internetu jest powszechny dzięki gęstej sieci kafejek internetowych (czasami nawet po 100 i więcej stanowisk) po 2-3zł za 1 godz. Niestety tylko raz udało mi się złapać sieć bezprzewodową choć nie mogłem się z nią połączyć pomimo tego, że była niezabezpieczona.

Środa 27 czerwca – Dzień 1 – przylot

Po podróży przez Moskwę (opryskliwi celnicy i 6 godzin oczekiwania na betonie) i ośmiogodzinnym locie z niewielkimi turbulencjami wylądowaliśmy w Seulu. Wbrew naszym obawom zostaliśmy odebrani przez …, instruktora Taekwon-do z Seulu. Jak się okazało posiadacza 5 dana w TKD WTF, które ćwiczy od 20 lat (zaczął jak miał 5 lat) obecnie przerzuca się na ITF. Sean miał wsadzić nas w pociąg do Busan na stacji kolejowej w Seulu, gdzie pojechaliśmy autobusem. W międzyczasie dowiedzieliśmy się między innymi, że w Korei Południowej jest obowiązkowa dwuletnia służba wojskowa oraz że dzieci są zajęte od rana (ok 8 rano) do wieczora (ok 21-22ej). Byłem w szoku słysząc jak wygląda plan dnia już nawet sześciolatków. Otóż najpierw dzieci są w szkole od około 8 rano do godz 14-15ej, następnie mają dodatkowe prywatne lekcje (np. angielski) oraz zajęcia sportowe (między innymi sztuki walki takie jak Gumdo, Hapkido czy Taekwon-do). Generalnie sztuki walki to tu normalka, wielu ludzi ma przynajmniej 1 dana w czymś tam choć tutaj stopnie zdobywa się dużo szybciej.

Po przybyciu do Seulu Sean zabrał nas do jednej z bardzo wielu knajp, które tutaj są na każdym kroku.
Spróbowaliśmy lokalnych specjałów, jak się okazało kuchnia koreańska, choć różna od polskiej jest dosyć przyswajalna dla europejczyka, a przynajmniej kogoś kto lubi azjatyckie jedzenie. Jeśli chodzi o pikantność potraw to są one dosyć ostre ale bez przesady i zawsze można zamówić coś mniej ostrego lub pójść do restauracji serwującej „zachodnie jedzenie” lub do obecnych tu i ówdzie McDonaldów, Pizza Hut czy KFC.
Podobno europejczycy bardzo tracą na wadze podczas pobytu w Korei (na co i ja bardzo liczę). Ma to pewnie związek z klimatem (ciepło, ale bez przesady i wilgotno, dużo pocenia sie) i niskotłuszczowymi i niskowęglowodanowymi potrawami. Ogólnie jem tutaj o wiele mniej w porównaniu z tymi ilościami, które jadłem w Polsce.

Po obiedzie Sean wsadził nas do szybkiego pociągu KTX do Busan, które go prędkość dochodziła do 300 km na godz. W Busan zostaliśmy odebrani przez Prezydenta Kim Boem Suk i Jang’a, jednego z instruktorów a wcześniej profesjonalnego boksera. Jang jest bardzo miły ale nie mówi ani słowa po angielsku.

Jeśli chodzi o komunikatywność, to generalnie bardzo niewielu Koreańczyków, a przynajmniej tych na których się natknęliśmy, mówi po angielsku lub używa jakiegoś innego europejskiego języka. Nie ma tutaj za bardzo co liczyć na anglojęzyczną obsługę w restauracjach, czy gdziekolwiek indziej. Miałem nawet problemy, żeby porozumieć się w banku przy wymianie pieniędzy (prosta rzeczy by się wydawało, ale nie w Korei:)
W koreańskim ITF najlepiej posługującym się językiem angielskim jest pan Park Chol Ho, jak się okazało dyrektor techniczny ITF Korea. Z prezydentem lub innymi osobami i instruktorami trudno się porozumieć choć bardzo się starają i uczą angielskiego.

Zostaliśmy zakwaterowani w motelu, w bardzo fajnym pokoju z łazienką, kablówką, klimatyzacją. Jak się później domyśliliśmy motele w których jesteśmy kwaterowani to miejsca, w których Koreańczycy wynajmują pokoje, żeby miło spędzić czas. W motelu mieliśmy zostać 2 dni a potem przenieść się do tzw. homestay czyli kwaterunku z rodziną koreańską ale jak się później okazało plany trochę się zmieniły. To jest następna rzeczy do której trzeba przywyknąć a mianowicie „Changie Changie” (czendżi czendżi) czyli ciągłe nieoczekiwane zmiany planów. Często dopiero wieczorem dowiadujemy się gdzie mamy nocować albo co robić następnego dnia. Generalnie zatem należy się spodziewać niespodzianek.

Po zakwaterowaniu, odświeżeniu się i rozpakowaniu rzeczy udaliśmy się na salę do Prezydenta Kima. Po wypiciu herbaty i krótkiej pogawędce udaliśmy się do Gimhae, miejscowość obok Busan, w której znajduje siś główna Dojang Prezydenta Kima wraz z siłownią, oraz gdzie mieliśmy się spotkać z Christine Morton, instruktorką z Nowej Zelandii (1 kup), która prowadziła treningi przez 3 miesiące i pośredniczyła w rozmowach dotyczących naszego przybycia. Niestety nie miałem okazji zobaczyć jej treningu bo przyjechaliśmy chwilę po zajęciach, a jak się okazało był to jej przedostatni dzień w Korei. W Gimhae poznaliśmy także pana Park Chol Ho, wspomnianego dyrektora technicznego i innego instruktora Gi-Tae. Wieczorem Prezydent Kim i Jang odwieźli nas do hotelu i umówili się z nami na godz 12 następnego dnia.

Czwartek, 28 czerwca – Dzień 2 – Jet Lag i szok pierwszego treningu

Pobudka o godz 12 to była masakra, nie dość że przez cały zeszły tydzień spałem tylko po 4-5 godz na dobę to teraz jeszcze funkcjonuję na polskim czasie i tutejsze południe to 5 rano w Polsce:(. jeden koleś powiedział nam później, że odczuwał Jet lag przez miesiąc, nam na szczęście w miarę przeszło po tygodniu. Tak więc o 12ej czekamy w hotelu, i czekamy i czekamy aż wreszcie przyszli po nas o 13ej, okazało się że mieliśmy się spotkać w dojang Prezydenta Kima, która jest 5 minut od hotelu (ah te niedomówienia i nieporozumienia, od teraz 3 razy pytam się czy dobrze zrozumiałem, a i tak zdarzają się wpadki) Poszliśmy coś zjeść potem powrotem do hotelu, a następnie o godz 18tej poszedłem zobaczyć tutejszy trening ITF. Trening był prowadzony przez dwóch „instruktorów” z czerwonymi pasami z których jeden na zajęcia nosi czarny, żeby wyglądać jak instruktor. Ogólnie chłopaki bardzo miłe. Na treningu ośmioro (8) dzieci i tych dwóch „instruktorów”. To co zobaczyłem przerosło moje najgorsze koszmary – dzieciaki ZERO dyscypliny (choć w Korei nauczyciele, przedszkolanki i instruktorzy stosują kary fizyczne), a chłopaki zero pomysłu na trening, ogólnie cały trening nadaje się jako najtrudniejszy przypadek do „Super Niani” Po tym co zobaczyłem trudno mi się było otrząsnąć i zacząłem się realnie martwić czy po moim pierwszym treningu i z moim podejściem do dyscypliny ktoś wogóle zostanie na treningach :/
Po treningu poszliśmy na spotkanie pożegnalne, Christine Morton odlatywała nazajutrz do Nowej Zelandii.
Ogólnie jeśli chodzi o chodzenie do knajp wieczorem to panuje zwyczaj „pojeść i popić w jednej i do następnej”, tak więc jednego wieczora można odwiedzić 5 i więcej lokali i w każdym wypić i zjeść i dobrze się bawić. Ostatnim lokalem w którym my wylądowaliśmy był klub karaoke. Muszę przyznać, że to świetna rozrywka i Koreańczycy lubią się w ten sposób relaksować a ci których widzieliśmy naprawdę nieźle śpiewają. Impreza zakończyła się o 3.30 rano i nawet sam prezydent Kim śpiewał.

Piątek, 29 czerwca, dzień 3 – Taekwon-do w przedszkolu, pierwsze treningi.

Rano zostaliśmy zawiezieni do Gimhae, miasta obok Busan. Rano miałem prowadzić trening w przedszkolu. 4 grupy po 60 dzieciaków!:), półgodzinne treningi. Bałem się, że to będzie totalny bałagan ale treningi okazały się bardzo „pocieszne” poza tym pomagali mi Park i Gi-Tae. Dzieci sprawowały się dzielnie i z radością wykonywały wszystkie ćwiczenia. Po treningu w przedszkolu mieliśmy kilka godzin przerwy do popołudniowych zajęć. Po południu mój pierwszy trening z grupą w spadku po Chris. W sumie mam 4 grupy jak się okazuje niezbyt liczne (czasami przychodzą na trening 4 osoby, ale liczebność grup nie ma znaczenia ponieważ zajęcia we wszystkich dojang prowadzi się od ok 2ej po południu czyli wtedy kiedy dzieci kończą szkołę i dzieci przychodzą na TKD w zależności od tego jakie i kiedy mają inne zajęcia) Zajęcia z pierwszą grupą (8 osób) odbyły się w pobliskim parku element marketingu). Następne zajęcia były już w dojang. Jeśli chodzi o dzieci to wygląda to tak jakby każde dziecko w Korei miało ADHD. Na zajęciach poprawiasz jedno dziecko a kilkoro innych już biega, gada, kręci się i bije innych. Nie chcę wprowadzać zbyt dużej dawki dyscypliny na początku żeby nie zrazić dzieciaków. Treningi kończą się po 22.30. Spać nie chodzimy przed 1 w nocy a wstajemy zazwyczaj po 11ej.

Sobota, 30 czerwca, dzień 4 – Uroczystość na Uniwersytecie

Dziś jedziemy odwiedzić klub TKD ITF na jednym z tutejszych uniwersytetów. Z powodu otrzymania oficjalnej zgody na prowadzenie zajęć adepci postanowili zrobić mały pokaz. Wygląda to …. sympatycznie, układy z naleciałościami WTF, rozbicia 7mm sklejek podlepionych deseczkami rozlatującymi się w różne strony po kopnięciu albo petardami:). Potem mały piknik, dowiadujemy się że instruktor ITF na uniwerku to wykładowca botaniki. Następnie idziemy zagrać ze studentami w piłkę. Ci młodzi ludzie cieszą się z każdej sytuacji jak małe dzieci (może dlatego, że pozbawieni są dzieciństwa), jest to bardzo sympatyczne i miło się z nimi spędza czas choć nie bardzo mówią po angielsku. Po południu idziemy na miejską plażę, oficjalnie otwierana od 1 lipca, wtedy ratownicy zaczynają pracę.
Wieczorem idziemy ponownie spotkać się ze studentami z uniwerku. Chodzimy od knajpy do knajpy, studenci lubią sobie wypić Soju (ok 20% napój) po wypiciu którego robią się czerwoni jak buraki, niektórzy spijają się na maksa, zupełnie jak u nas:P. Zabawa super, dużo śmiechu, rewelacja.

Niedziela, 1 lipca, dzień 5 – Trening dla instruktorów

Wstajemy o 12.30, o 13 zaczyna się trening dla instruktorów. Do tej pory prowadził go Roman Chiertoka IV dan TKD ITF. Zaczynamy układami, Roman prowadzi, wybiera kilka układów uczniowskich i mistrzowskich, robimy całe układy, zero poprawiania, zero uwag, zero wskazówek, zero uwagi poświęconej innym. W układach mistrzowskich ludzie mówią, że ich nie znają a Roman mówi, żeby próbowali:) Następna jest walka sportowa, najpierw wedle Romana, zaczynamy się okładać hmmm. Potem przejmuję ja, podaję podstawy strategii i podstawowe najprostsze ćwiczenia takie jak skrót na dollyo i poruszanie, ludziom chyba się podoba sposób prowadzenia (wszystko wytłumaczone i pokazane w miarę możliwości). Potem walka sterowana, wykład Romana na temat programu szkolenia dla ITF Korea który przygotował i potem ja dodaję kilka słów na temat nauczania podstawowych technik i układów.

Wieczorem jedziemy z Parkiem do Gimhae gdzie będziemy mieszkać przez tydzień w hotelu. Mam okazję z nim porozmaiwać. Ma całkiem niezłą technikę ITF. Okazało się, że trenował 12 lat hapkido i 8 lat ITF ostatnio u Chang Unga ale odszedł. Powiedział mi, że w ITF Chang Unga 4 dan dostaję sie po 2 dniowym kursie!!! (trzeba jednak być instruktorem innej sztuki walki) Jestem w szoku

Poniedziałek, 2 lipca, dzień 6 – Nuda

Mija tydzień, nie tego się spodziewałem. Treningi to ciężka praca przy takiej dyscyplinie i barierze językowej. Na razie nici z obiecanych atrakcji. Nasza główna trasa wycieczkowa to ulica na której jest nasz hotel – Tesco – sala gimnastyczna. Ciekawostka jeśli chodzi o Tesco, na każdym stoisku jest pracownik gotowy do pomocy, u nas tego nie znajdziesz. Generalnie Korea w 70% pokryta jest górami więc miasta to gigantyczne skupiska 20-piętrowych bloków mieszkalnych i biurowców w których umieszczona jest większość lokali użytkowych od kafei internetowych na 8 piętrze począwszy do sal treningowych. Zastanawiam się czy dobrze zrobiłem przyjeżdżając tutaj na 2 miesiące, chyba jednak wyobrażałem sobie to trochę inaczej. Generalnie szoku kulturowego nie odczułem bo w Azji już byłem, ale tam gdzie byłem podobało mi się bardziej. Generalnie jeśli na wakacje to raczej Korei nie polecam.

Wtorek, 3 lipca Dzień 7 – pierwszy trening w dojang WTF

Umówiliśmy się z Parkiem o 10 rano w Gimhae dojang żeby pojechać do Busan autobusem (skończyło się wożenie autem?). Trening na sali WTF miał zacząć się o godz 14.30 i trwać do godz. 22.00, w sumie 5 treningów. Tak czy inaczej okazało się, że jedziemy nie z Parkiem a z Gi-Tae i nie autobusem tylko jednak samochodem. Gi-Tea zawiózł nas na sale WTF o godz 11.30 ale, że było jeszcze dużo czasu to pojechaliśmy na Sushi a potem łaziliśmy po mieście. Do WTF dojang wróciliśmy taksówką, które są tuta dosyć tanie, zapłaciliśmy w przeliczeniu 8 zł za 10 min przejażdżkę.

W dojang BuAm Academy (WTF) przywitał nas główny instruktor i krótko łamaną angielszczyzną powiedział jakie są grupy i czego oczekuje od zajęć a następnie upłynnił się i wrócił dopiero po ostatnich zajęciach..
Pierwsze trzy grupy to były dzieci w wieku od 6 do 13 lat. Każdy trening trwał godzinę, zrobiłem zabawową rozgrzewkę, potem parę wyrażeń po angielsku i technika podstawowa oraz Saju Jirugi i Saju Makgi.

Grupa druga to średniozaawansowani.. Zrobiłem im troszkę „ostrzejszą” rozgrzewkę (bieg po kole, skoki, pompki, przeskoki) potem trochę kopnięć, pokaz techniki „ITF made in Poland”:)

Ostatni grupa tzw. zawodników to był szok choć pewnie większy dla nich niż dla mnie. Generalnie ludzie mają wyobrażenie że WTF wyczynia cuda nogami, nic bardziej mylnego! W grupie zawodniczej na ok 30 osób w wieku 13-25 lat, ponad 20 nosiło czarny pas! I tutaj chwila wyjaśnienia. W WTF czarny pas można dostać po ok 1,5 roku treningów! Egzaminy są co ok 2 miesiące! Nic dziwnego, że jak się dowiedziałem w Korei jest ok 500.000 posiadaczy stopni 4 dan lub wyżej w WTF i ok 2.500.000 (dwa i pół miliona) posiadaczy 1-3 dan. Jednak jaka jest wartość tego czarnego pasa należy przekonać się na własne oczy.
Tak więc zacząłem rozgrzewkę biegiem po kole (ludzie wysiadali przy 10 pompkach i wyskokach z obrotem), rozciąganie a potem techniki na slajdzie. Czarne pasy z tego dojang nie tylko nie umieli kopnąć technicznego dollyo na slajdzie ale nawet w miejscu! TOTALNA KOMERCJA! Do Gimhae wróciliśmy z instruktorem WTF o godz 23. Muszę przyznać, że byłem zmęczony po tych treningach (od godz 2.30 do 22.00, dużo pokazywania)

Środa, 4 lipca, dzień 8 – dzień jak codzień

Czwartek, 5 lipca – WTF ponownie

Od godziny 14.30 znowu prowadziłem zajęcia w doajng WTF. Tym razem główny instruktor było obecny na wszystkich treningach i obserwował moje poczynania. Pod koniec treningu na pierwszych trzech grupach było 5 minutowe obchodzenie urodzin. Solenizanci siadali do zdjęć z torcikami w dyżurnych czapeczkach na głowie, gasło światło i były małe petardy, potem zdjęcia, które natychmiast były drukowane i dołączane do torcików rozdawanych solenizantom na koniec treningu, nieźle pokombinowane. Generalnie praktycznie na lub po każdym treningu robione są zdjęcia.

Po pierwszych trzech grupach powiedział mi, że mam na na 4 i 5 grupie mam zrobić sparing tylko bez uderzania w twarz, czyli sparing a’la WTF. Pomyślałem sobie, że jak mają ze swoimi zawodnikami trening 5 razy w tygodniu to te 3 dni, w które mnie nie ma mogą sobie robić swoje sparingi. Zacząłem rozgrzewką zabawową a potem kontry jak np. dwit na dollyo. Niestety nie potrafili poprawnie wykonać takich rzeczy więc zrobiłem łączone kopnięcia „dwoma nogami” np. ap prawą i dollyo lewą albo dollyo prawą i tora yop lewą. Generalnie nie potrafiłem zauważyć dużej różnicy pomiędzy Ap chgi, Yop chagi a Dollyo chagi.
Po treningu główny instruktor WTF odwiózł mnie do domu. Potem dowiedziałem się od zaskoczonego Parka, że ten instruktor bardzo mnie chwalił choć podobno jest bardzo wymagający, nie pytałem co mówił o instruktorach z Nowej Zelandii, a Park nic nie wspominał.

Piątek 6 lipca – Egzamin przedszkolaków

O 10 rano w dojang w Gimhae zjawiło się 35 przedszkolaków z mamami na egzamin. Wymagania egzaminu zostały okrojone tak że dzieciaki robiły Annum So Kaunde/Nopunde Jirugi, Gunnum Sogi Ap Chagi i Ap Chaoligi oraz krótki egzamin ze znajomości angielskich nazw części ciała i podstawowych zwrotów grzecznościowych. Dzieciaki były pocieszne i niektóre nawet coś tam umiały technicznie zrobić no ale to przecież 5-latki.

Wieczorem trening jak zwykle, dzieciaki już się chyba przyzwyczaiły do mnie i do zajęć i z treningu na trening jest coraz lepiej. Po treningu o 23ej zaprosiliśmy Parka i Gi-tae do knajpy na wieczorny obiad.

Sobota, 7 lipca – zwiedzanie Busan

Dzień wcześniej postanowiliśmy z Adrianną wybrać się samodzielnie do Busan na zwiedzanie. O 11ej Park i Gi-tae zawieźli nas na dworzec autobusowy, wsadzili do autobusu przypominającego nasze stare Autosany (nie tego spodziewałem się mając w pamięci przejazd supernowoczesnym pociągiem) i powiedzieli kierowcy żeby powiedział nam gdzie wysiąść.

Generalnie transport w Korei jest dosyć sprawny. W miastach na niewielkich odległościach najlepiej podróżować taksówką i dobrze jest mieć zapisany adres lub numer telefonu do miejsca do którego chce się dojechać choć czasami kierowca nie wie gdzie to jest ale po szybkim telefonie zawozi na miejsce. Jeśli chodzi o autobusy w miastach to stare trupy, między miastami kursują zarówno te stare jak i nowoczesne autokary (zazwyczaj na dłuższe trasy) oraz różnego rodzaju pociągi od najnowocześniejszego KTX do starszych osobowych zatrzymujących się na każdej stacji po drodze.. W większych miastach najwygodniej podróżować metrem, które jest tanie i szybkie.

Wysiedliśmy tam gdzie kierowca nam powiedział i po chwili konsternacji gdzie jesteśmy i gdzie dalej iść udaliśmy się na pobliską stację metra (choć tutaj w połowie jest to kolej nadziemna) od tego momentu poszło już szybko. Busan to ogromne miasto z 4 milionami mieszkańców. Udało nam się zwiedzić tylko świątynię Boemosa, wjechaliśmy kolejką linową na pobliską górę, z której można było zobaczyć niezwykłą panoramę miasta (ogromne skupiska bloków i biurowców pomiędzy górami jak grzyby w lesie pomiędzy drzewami). Na końcu udaliśmy się na plażę, gdzie Koreańczycy kąpią się w ubraniach a potem suszą się chodząc. Oraz miejskie akwarium z podwodnym tunelem i krążącymi nad głowami skupiskami rekinów i innymi egzotycznymi rybami. Wróciliśmy autobusem prowadzonym przez kierowcę szaleńca, wiem co mówię choć już miałem różne przygody jeżdżąc samochodem jako kierowca lub pasażer tym razem na prawdę bałem się o życie:/

Jeśli chodzi o transport samochodowy w Korei to też podam parę ciekawostek. Generalnie sieć dróg i autostrad jest dobrze rozbudowana choć jest tutaj naprawdę duży ruch uliczny. Zdarza się że skutery i motory jeżdżą po chodniku pomiędzy pieszymi, a kierowcy samochodów częściej używają klaksonu niż świateł mijania w nocy:)
Od czasu mojego przyjazdu widziałem tylko 5 (słownie pięć) zachodnich samochodów (4 BMW i 1 Merc) reszta to KIA, Daewoo, Hunday, SangYong, i inne azjatyckie marki (dodam tylko że nie chodzi o jakieś graty bo większość to naprawdę nowoczesne i nowe modele, niektóre takie których nie widziałem w Polsce).
Bardzo ciekawa rzecz to kontrole na spożycie alkoholu. Policja ustawia się na jakiejś dwupasmowej drodze lub na bramkach wjazdu na autostradę i WSZYSCY przejeżdżający bez wysiadania z samochodu dmuchają w „balonik” przebiega to bardzo sprawnie i myślę, że można by to wprowadzić na nasz zapity do cna grunt.

Niedziela, 8 lipca – trening dla instruktorów tylko gdzie oni są?

O godz 11.30 pojechaliśmy z Gimhae do Busan na trening instruktorów. Spytałem Parka czy treningi dla instruktorów są co niedzielę, odpowiedział, że tak ale jak się okazało nie wszyscy instruktorzy chyba o tym wiedzą. Po 13tej przyszedłem do dojang prezydenta gdzie miał być trening i zastałem … nikogo. Posiedziałem chwilę czytając czasopismo „Taekwon-do generation” po pół godzinie pojawili się Roman, Park i Gi-tae. Chwilę posiedzieliśmy, a że nikt inny się nie zjawiał to z Romanem przebraliśmy się i zaczęliśmy ćwiczyć, a Park… zaczął nas nagrywać, hmm może im treningi nie są już potrzebne. Z jednej strony zdziwiłem się tak jak Roman, że nikogo innego nie ma ale potem pomyślałem że może nie miało być dziś treningu, może chłopaki chcieli mieć jeden dzień w tygodniu którym jest niedziela, wolny dla siebie a ja nieostrożnie zapytałem czy jest trening i chyba głupio im było powiedzieć że nie ma. Często nie rozumiem ich toku rozumowania o czym przekonałem się ponownie później w czasie rozmowy na temat Taekwon-do w Korei i strategii rozwoju (rozmawialiśmy ja, Roman, Park i Prezydent Kim, Gi-Tae się przysłuchiwał)
Dowiedziałem się też że w środę zostajemy przeniesieni nieopodal Seulu, będę tam uczył English Taekwon-do w kilku dojang Gumdo i Hapkido

Wieczorem poszliśmy z Adrianną pochodzić po centrum czyli głównej ulicy przy której jest ogromny, 10-piętrowy dom towarowy w rodzaju londyńskiego Harrodsa z ekskluzywnymi butikami, kinem, kasynem i hotelem.
Po powrocie umówiliśmy się z Parkiem o 11ej w dojang Prezydenta na filmowanie podstawowych rzeczy.

Poniedziałek, 9 lipca – nieporozumienia i WTF raz jeszcze

Jak było umówione o 11ej udałem się do dojang ale nikogo nie zastałem, Adrianna została w hotelu. O 14.30 miałem mieć trening w BuAm WTF dojang. Po kilkunastu minutach przyszedł prezydent Kim i powiedział, że idziemy do BuAm teraz nakręcać film. Powiedziałem, że z Parkiem umówiliśmy się na kręcenie na miejscu i że nie mam rzeczy ze sobą bo zostały w hotelu a jeśli jedziemy do BuAm, z którego potem mamy od razu jechać do Gimhae to muszę się spakować, więc Kim powiedział, żebym poszedł do Hotelu i wziął rzeczy. Byłem trochę zdezorientowany. Po 20 minutach wróciliśmy z Adrianną do dojang prezydenta gotowi jechać do BuAm, pojawił się Park i powiedział, że mieliśmy kręcić na miejscu i niepotrzebnie się spakowałem, … hmmm!:( Po chwili wyjaśnień wyszło, że jedziemy jednak do BuAm i poszliśmy coś zjeść. Zapytałem, że jeśli mamy kręcić to we własnym zakresie to po co w BuAm a nie na miejscu, Park nie umiał mi na to odpowiedzieć. W BuAm dojang nakręciliśmy podstawowe techniki i trochę walki sterowanej i potem Prezydent Kim powiedział mi, żebym zrobił rozgrzewkę na skakance, ZONK. Generalnie chcieli nakręcić trening z dzieciakami. Trochę się poirytowałem bo tutaj wszyscy na treningu na rozgrzewkę robią skakankę, a ja nie przyjechałem po to żeby imitować WTF. Powiedziałem też, że zrobię trening po swojemu, urozmaicony z zabawami, technikami, angielskim i że po to tutaj w końcu przyjechałem a nie po to żeby imitować to co robi każde dojang w Korei. Prezydent odpowiedział swoim OK.
Treningi w BuAm przebiegły normalnie czyli tak jak ostatnio.

Właśnie na ostatnim treningu zwichnąłem sobie kostkę, stara kontuzja ale wszystko chyba będzie ok, wziąłem całą aptekę z Polski. Niestety mają tutaj wszystkie sale treningowe wyłożone matami/materacami więc o skręcenie albo zwichnięcie dosyć łatwo, a przynajmniej dla kogoś kto przez 15 lat ćwiczył na parkiecie.

Wtorek 10 lipca – Smutna wiadomość

W środę ok 11ej mamy jechać do Miejscowości pod Seulem i zostać tam przez pozostałe 6 tygodni. Rano chłopaki zabrali mnie na zabieg akupunktury na moją kontuzjowaną kostkę. Doktor medycyny orientalnej wbił mi w dłoń dwie igły a potem kilkanaście razy nakłuł wokół kostki i zastosował bańki do wyciągnięcia obrzęku. Na razie kostka jest cała sina ale nie boli mnie zbytnio. Stosuję też maść więc nie będę mógł jednoznacznie stwierdzić czy pomogła akupunktura czy leki.
Do południa poszliśmy zwiedzać grobowiec jednego z koreańskich króli. Była to zastępcza atrakcja za miejsca ważne dla TKD takie jak grobowiec Yoo-Sin czy akademia Hwa-Rang. Chłopaki powiedzieli nam, że niestety nie mamy czasu pozwiedzać tych wspomnianych miejsc bo są one ok dwie godziny jazdy i nie mamy czasu. Hmm, no cóż byliśmy w Busan i Gimhae przez 2 tygodnie i myślę, że czasu było sporo. Tak więc zobaczyliśmy grobowiec i hotel stylizowany na tradycyjne koreańskie domostwa.

Po południu przed treningami dowiedziałem się, że jedna z dziewczynek trenujących w Gimhae dojang dostała zeszłego dnia w szkole wylewu i zamarła dziś w szpitalu po ciężkiej operacji. Zdołowało mnie to na resztę dnia i treningi przebiegły w raczej smętnej atmosferze. Po treningach mieliśmy iść na kręgle z okazji ostatniego dnia pobytu w Gimhae ale z wiadomej przyczyny wyprawa nie wypaliła.

Środa 11 lipca – niedomówień ciąg dalszy, podróż pod Seul (500 km)

Do dalszej części opowieści będę musiał podzielić się radosną nowiną. Otóż tydzień temu dowiedzieliśmy się, że moja żona, Adrianna jest w ciąży. Na początku powiedziałem o tym tylko Parkowi ale po 2 dniach wiedzieli już wszyscy. Nie chciałem o tym pisać bo chcieliśmy przekazać tę wiadomość naszym rodzicom osobiście po powrocie, jednak dowiedzieli się przez Skype kilka dni temu. Odwiedziliśmy w Busan panią ginekolog i po badaniu USG okazało się że to 6 tydzień i jak na razie wszystko jest w porządku.

Tak więc dziś mamy ruszyć w daleki świat szerzyć kaganek wiedzy Taekwon-do. O 11 Gi-Tea miał nas zabrać do Busan skąd mieliśmy wyruszyć w pięciogodzinną podróż do Namyangju, jak się okazało, totalnej dziury ale to potem.
Godzina 11 i Gi-tea zjawia się ale nie po to aby nas zabrać ale powiedzieć, że przyjedzie po nas o 12ej. Na pytanie dlaczego nie zadzwonił żeby o tym powiedzieć odparł, że w recepcji nikt nie odbierał, no w sumie logiczne. O 12ej Gi-Tae zjawił się ale nie żeby zabrać nas do Busan ale do dojangw Gimhae gdzie odbiorą nas Prezydent Kim i Jang. Po dotarciu do dojang (5 min autem) Park powiedział, że plany się trochę zmieniły (dziwne by było gdyby coś wyszło choć raz zgodnie z ustaleniami) i pojedziemy dopiero o 16tej bo Prezydent i nasz kierowca Jang całą noc przygotowywali jakieś multimedialne materiały reklamowe żeby pokazać je w innych dojang. Powiedziałem Parkowi, że jak dla mnie to możemy jechać nawet później bo ja i tak nie prowadzę i będę spał w samochodzie tylko, że mogliśmy poczekać w hotelu. Po chwili zastanowienia Park zaproponował wyjście na kręgle i tak też zrobiliśmy. O 16 Prezydent i Jang przebudzeni gotowi byli ruszyć w drogę. Po zapakowaniu rzeczy poszli do pobliskiego serwisu komputerowego, po chwili podszedłem tam żeby zobaczyć co się stało. Prezydent Kim i Jang oprócz kupienia kilku płyt DVD sprawdzali na Google Earth jak dojechać do celu. Zadałem Parkowi retoryczne pytanie czy nie mają mapy albo atlasu samochodowego a on retorycznie odparł, że chyba nie:)

W trasie martwiłem się o samopoczucie Adrianny, bo zaczęły się u niej nudności, niestety nie poranne a całodniowe, na szczęście zniosła podróż bez szwanku choć w miarę ciężko.

Korea ma bardzo dobrze rozbudowaną sieć dróg i autostrad. 500 km mknęliśmy, w dużej części, 4-pasmową (4 pasy w jedną i 4 pasy w drugą stronę) autostradą równą jak lustro. Droga wiła się między całkowicie zielonymi górami i dosyć często przecinana była wszechobecnymi tunelami.

Ok 22.30 dotarliśmy jak mniemałem w okolice miejsca docelowego ale przez następne dobre 20 minut prezydent przez cały czas dzwonił do różnych ludzi. Pomyślałem sobie, że to pewnie problemy z zakwaterowaniem i niestety się nie myliłem. Miałem nadzieję, że natychmiast po przyjeździe zostaniemy zawiezieni do naszego lokum najsampierw jednak odwiedziliśmy dwie sale Hapkido, w których miałem prowadzić zajęcia. W pierwszej powitała nas pani Liz Ju instruktorka Hapkido i Kumdo. Po krótkiej wymianie zdań z Prezydentem Kimem pani Ju zapytała kim jest Adrianna, kiedy odpowiedziałem, że to moja żona pani Ju oznajmiła mi, że spodziewali się tylko jednej osoby i takie zakwaterowanie zostało przygotowane. Wtedy już we mnie zawrzało i chciałem nagadać Kimowi ale z jego łamanym językiem pewnie odpowiedziałby tylko swoje OK, zamiast tego odpowiedziałem Pani Ju, że jesteśmy tutaj od 2 tygodni i prezydent chyba dobrze wiedział, że przyjadą 2 osoby a nie jedna. Niech teraz Kim się tłumaczy choć i tak było mi głupio. Po chwili wybraliśmy się do drugiej dojang, w której naucza mistrz Pani Ju. Po pogawędce w 90% w języku koreańskim postanowiono iść do knajpy. Powiedziałem, że wolelibyśmy udać się z Adrianną do miejsca naszego noclegu, ale Adrianna powiedziała mi żeby ją odwieźli a ja żebym poszedł z nimi i się zapoznał. Pojechaliśmy do motelu, przebrałem się i pojechaliśmy do knajpy, gdzie konwersacja także przebiegała głównie po koreańsku ale to nie przeszkadzało Koreańczykom żeby mi powiedzieć że już mnie lubią, hmm może dlatego że się mało odzywałem? Do motelu wróciłem o 2.30. O 10ej mieli przyjechać po nas do motelu i mieliśmy obejrzeć nasze zakwaterowanie.

Czwartek 12 lipca – „uważaj czego sobie życzysz bo może się to spełnić”

O 10ej, tak jak było to umówione, grandmaster w towarzystwie prezydenta Kima i Janga przyjechali po nas (ach, więc nie wszyscy Koreańczycy mają problemy z organizacją). Najpierw pojechaliśmy coś zjeść. Adrianna ma bardzo wyczulony węch, a każdy kęs pożywienia powoduje u niej mdłości. Jest to niby normalny objaw poprawnie przebiegającej ciąży ale zaczynam się martwić tym, że w ciągu całego dnia zjada tyle co ja za jednym machnięciem łyżki. Faceci (kawalerowie) nie potrafią zrozumieć tego, że kobieta w ciąży ma takie objawy i co chwilę z wielkim przejęciem namawiają Adriannę żeby coś zjadła, tudzież zamawiają dla niej jakieś danie bez pytania i dziwią się że nawet nie tknie. Na szczęście Liz Ju tłumaczy im co chwilę, że to normalne. Po lunchu pojechaliśmy zobaczyć zakwaterowanie, które przygotowali przed naszym przybyciem dla jednej osoby (powiedziałem im wcześniej, że możemy mieszkać w lokum dla jednej osoby byle by to było niezależne lokum czyli nie mieszkanie z jakąś rodziną). Jesteśmy w czymś w rodzaju hoteliku, mały pokoik z wąskim łóżkiem nie zdążyłem się nawet dobrze przyjrzeć a Liz Ju powiedziała, że tu nie możemy mieszkać bo nadzorca/właściciel nie pozwala mieszkać w pokoju więcej niż jednej osobie.
Po tym oglądaniu udaliśmy się do dojang, gdzie Adrianna przeżywała męki bo nie miała się nawet gdzie położyć a pozycja horyzontalna jest optymalna na jej dolegliwości żołądkowe. Instruktorzy Hapkido mówili, że dziś mnie przedstawią swoim uczniom ale skończyło się na tym, że musiałem prowadzić zajęcia. Prezydent Kim, widząc Adriannę w kiepskim stanie powiedział, że zakwaterowanie będzie za ok 3 godziny.
Ok godziny 18ej zabrali nas do naszego lokum. Jak się okazało była to „kawalerka” o wymiarach 3x4m z malutką łazienką gdzie prysznic połączony jest z umywalką i toaletą oraz kuchnią połączoną z „przedpokojem” o wymiarach 1×1,5m, jest też niewielki „balkonik”. Mieszkanie na parterze, okna bez zasłonek, w drzwiach zamek cyfrowy do którego już chyba 15 osób zna kod (raz weszła jakaś pani!? i jak nas zobaczyła bardzo się zmieszała) Mieszkanie jest co dopiero chyba wykończone (choć nie do końca) na nowym osiedlu trzy-piętrowych bloków. Umeblowanie stanowi: szafki w kuchnio-przedpokoju (kuchenka gazowa ma być podłączona na następny dzień), muszla klozetowa i prysznico-umywalka w łazience, w „dużym” pokoju klimatyzacja z której leje się woda (mają naprawić w poniedziałek) i brak łóżka (ma być materac na następny dzień, a tę noc mamy przespać na 2 cienkich kołdrach) i szafka na balkoniku. Po chwili zastanowienia złożyłem fakty do kupy; szukali czegoś niezależnego na szybko, raz zapytałem czy zakwaterowanie będzie blisko dojang no i się wpakowałem. Trzeba uważać co się Koreańczykom mówi bo oni zaraz kombinują jak tu komuś dogodzić choć nie zawsze wychodzi tak jak by się chciało. Mam nadzieję, że nie płacą więcej niż za motel bo wolałbym mieszkać właśnie tam. Czego mi brakuje w nowym zakwaterowaniu a co jest w hotelu? Telewizora – jedyna tutaj rozrywka, lodówki – w tym klimacie jedzenie szybko się psuje, a owoce wabią masę muszek, łóżka:) i internetu choć to już chyba zbyt wielkie wymagania.
Jeśli chodzi o TV w Korei to na kablówce w hotelu jest cała gama kanałów tematycznych, na jednym przez cały dzień uczą angielskiego, na innym fizyki lub matematyki, na 5 innych gotują, na 5 innych mają jakieś głupie programy (jak ktoś widział „zamek Takeshi” to wie o co chodzi), na innych są kreskówki, 2 całodobowe kanały erotyczno-pornograficzne (seks w bieliźnie lub bez pokazywania organów płciowych), na szczęście jest też kilka kanałów filmowych po angielsku.

Dostęp do internetu jest powszechny dzięki gęstej sieci kafejek internetowych (po 100 i więcej stanowisk) po
2-3zł za 1 godz. Niestety tylko raz udało mi się złapać sieć bezprzewodową choć nie mogłem się z nią połączyć pomimo tego że była niezabezpieczona.

Po zostawieniu rzeczy w naszym „mieszkanku” poszedłem zobaczyć trening Hapkido u Grandmastera. To co zobaczyłem bardziej przypominało mi … taniec nowoczesny, aerobik lub rewię na lodzie niż trening sztuki walki, potem pomyślałem że może to był takie zajęcia pokazowe ale jeśli tak miało być to wywołały odwrotny do zamierzonego skutek. Wracając do naszego zakwaterowania prezydent Kim chciał chyba odkupić swoje winy i kupił całą masę różnych owoców dla Adrianny, choć powiedziałem mu kilkakrotnie, że ona nie jest w stanie zjeść nawet jednego jabłka na raz.
Noc spędziliśmy na podłodze, leżąc na cienkiej kołdrze i naszych ubraniach.

Piątek 13 lipca – 3 razy 9

Jako że osiedle, na którym mamy nasz kwaterunek, jest w budowie o godz. 7 obudziły nas hałasy stukania młotkiem, piłowania drewna itp. O godz. 12 umówiony byłem z Koreańczykami w dojang Grandmastera skąd Liz Ju miała mnie zabrać do swojej dojang. Najpierw poprosiłem żebyśmy załatwili sprawę materaca. Po chwili narady pojechaliśmy, jak się okazało, do mieszkania Liz Ju skąd wdzieliśmy dwuosobowy materac. Liz Ju chciała mi dać całe łóżko ale powiedziałem, że zajmie cały pokój. Osiedla 20 piętrowych bloków są w Korei dozorowane, tzn przy wjeździe jest budka ze strażnikiem/dozorcą. Tutaj takim człowiekiem był 72-letni posiadacz 9 dana w Kendo … hmm. Po dostarczeniu materaca Adriannie poszliśmy zjeść, choć powiedziałem, że nie jestem głodny to i tak zamówili mi ogromną miskę zupy, coś w rodzaju chłodnika ale z pływającymi jeszcze kawałkami lodu, w sumie smakowała jak szczawiowa z makaronem.
Następnie udaliśmy się do dojang Liz Ju. Pierwszy trening zaczął się o 14.30. Na sali poznałem starszego pana, jednego z instruktorów w tamtejszym dojang, 9 dana w TKD WTF, hmm. Liz Ju powiedziała, że w piątki są treningi zabawowe, hmmm tylko jak zrobić zabawowy trening z dwoma dzieciakami, bo tyle było na pierwszych zajęciach. Potem było już więcej osób, ok 20 na każdym treningu. Treningi trwają godzinę a pomiędzy nimi są również godzinne przerwy. O ile treningi mnie nie męczyły o tyle przerwy są bardzo nudne. W Polsce byłem przyzwyczajony do prowadzenia 3 grup pod rząd bez przerw, w sumie 4,5 godz zajęć. Trochę sobie potrenowałem, choć mam jeszcze kłopoty z kostką, trochę pograłem z dzieciakami w „pigu” czyli dwa ognie, bardzo popularną gre tutaj zaraz obok piłki nożnej.
Jeśli chodzi o koreańskie dzieci czy nastolatki, to oprócz tego, że są bardzo żywiołowe o czym już pisałem to w dodatku są bardzo delikatne, przed czy na każdym treningu są dzieci lub nawet nastolatki, które płaczą. Powody są różne, od tego że nie mogli sobie rzucić piłka do jakichś upadków, szturchnięć czy utarczek z innymi. Nie chodzi mi o to że dzieci mają być twarde jak zawodnicy K1 ale na prawdę wystarczy złapać dziecko za ramię, żeby je przestawić na inne miejsce i już chwytają się z wykrzywioną miną i prawie płaczą. Nawet kiedy raz grałem w walkę na dotknięcia w dojang WTF z kolesiem (180cm i 110kg) to przy lekkim klepnięciu chwytał się za klatkę piersiową i kwiczał. Nasze dzieciaki nawet nie jękną. Dlatego przy każdej zabawie trzeba bardzo uważać i być delikatnym. Z drugiej strony przed treningiem dzieciaki biegają i tratują się na maksa, oczywiście płacząc od czasu do czasu, żeby po chwili znowu włączyć się do akcji.
Wieczorem w przerwie pomiędzy treningami przyszło starsze małżeństwo, jak się okazało starszy mężczyzna jest nauczycielem Liz Ju w Kumdo – „droga miecza”, także 9 dan. Trzy 9 dany jednego dnia to dosyć imponujące. Przy okazji prezydent Kim powiedział mi, że w Korei jest ok 7 milionów (!) posiadaczy czarnego pasa w różnych sztukach walki. Wtedy zdałem sobie sprawę, że nikt tutaj nie będzie pod wrażeniem jakiegoś 4 dana w TKD ITF z Polski. Z drugiej strony jeśli z tych 7 milionów czarnych pasów odjąć wszystkie dzieciaki, i pseudo mistrzów, którzy nie zdają sobie sprawy ze swoich niskich umiejętności to realnych czarnych pasów myślę zostanie o wiele mniej. Do domu wróciłem po 23ej, martwiłem się o Adriannę, bo cały dzień była w domu i prawie nic nie jadła, w dodatku nie mam z nią kontaktu przez ponad pół dnia, co doprowadza mnie prawie do szaleństwa, niestety prezydentowi nie przyszło do głowy żeby załatwić mi jakąś komórkę choćby na kartę, sam bym sobie doładowywał. Dopiero kiedy wspomniałem kilkakrotnie, że chciałbym kupić jakiś najtańszy telefon na kartę, prezydent Kim powiedział, że przyśle mi telefon od Christine, hmm. Z Polski wziąłem swojego SonyErricssona T610 ale jest chyba za stary bo nie łapie tutaj żadnej sieci, powinienem był wziąć K750 :(

Sobota, 14 lipca – Nuuuuuuuuuda

Zbudziliśmy się z Adrianną ok 9 rano. Cieszę się, że mogę spędzić cały dzień z Adrianną. Do 16ej leżymy i oglądamy różne filmy na laptopie, potem Ada czuje się lepiej i idziemy na spacer w stronę gór, siedzimy trochę nad rzeką i wracamy. Adrianna idzie do mieszkania a ja na jakieś zakupy. Miejsce w którym jesteśmy to kilka osiedli z „centrum” handlowo-usługowym którego rolę pełni kilka biurowców w których są kafejki internetowa, sale dojang, knajpy i sklepiki. Ogólnie to totalna dziura. Nie jesteśmy w stanie sprawdzić co jest dalej niż spacer na piechotę, po części dlatego że Adrianna nie czyje się najlepiej a po trochę dlatego że nie wiemy jak i gdzie jechać, wszystko napisane po koreańsku.

Powiem szczerze (nie wiem czy da się to odczuć z tonu moich opowiadań), że przeżywam kryzys. Jestem tutaj ponad 2 tygodnie a czuję się jakbym był miesiąc albo i dłużej. W dodatku w wyniku ciąży nasz pobyt stał się troszkę bardziej skomplikowany. Jeżeli stan psychofizyczny Adrianny nie poprawi się, rozważamy możliwość wyjazdu pod koniec lipca a nie tak jak było planowane pod koniec sierpnia. Wydaje mi się, że inaczej to sobie wyobrażałem. Przytłacza mnie brak organizacji i atrakcji. Ten wyjazd miał być połączeniem przygody, wakacji i mojego hobby a jest nudną rutyną w której każdy dzień składa się z jedzenia, prowadzenia treningów i spania. Adrianna mówi, że jej się podoba i gdyby nie nudności to pozwiedzalibyśmy trochę więcej ale ja mam inne odczucie. Mam wrażenie, że atrakcje dla zachodnich instruktorów skończyły się wraz z wyjazdem Nowozelandczyków. W ich blogach internetowych można przeczytać, że byli tu i ówdzie ale myślę, że nie spełnili pokładanych w nich oczekiwań i teraz prezydent nie inwestował już czasu i pieniędzy w „zabawianie” nowego. Nie wiem dlaczego ogarnęło mnie takie czarnowidztwo i uprzedzam, iż jest to moje subiektywne odczucie. Być może ktoś inny czułby się tutaj lepiej. Prezydent spytał mnie niedawno czy nie znam jakichś instruktorów którzy chcieliby przyjechać tutaj i nauczać English Taekwon-do. Obiecałem, że sprawdzę ale nie mogę z czystym sumieniem zachęcić do wyjazdu tutaj, choć jak już wspomniałem i podkreślam to, może innym by się to podobało bardziej. Prezydent Kim pytał mnie także czy mógłbym przyjechać do Korei za rok, odpowiedziałem wymijająco, że za rok będę miał małe dziecko i wszystkie wyjazdy odpadają. Ogólnie parafrazując mojego przyjaciela, Krzysia Krawczyka alias Trol z Lublina (2 dan TKD ITF) to „dobrze, że tu przyjechałem bo wiem jak to wygląda i już więcej tu chyba nie przyjadę”. Przez chwilę zastanawiam się co ma tak negatywny wpływ na moje zdanie i chyba dodatkowym czynnikiem demoralizującym jest różnica poglądów na treningi.

Nie chcąc przedstawiać tylko jednostronnego poglądu na temat pobytu w Korei zapytałem Adriannę jakie ma odczucia odnośnie naszego życia tutaj i tego co jej się podoba a co nie (zanim dostała nudności i została wyłączona z życia publicznego:)
Powiedziała, że podobało się jej tutejsze życie nocne. Ja też przyznam że nocne wypady ze znajomymi do knajpek to duża frajda. Teraz niestety nie znamy tutaj nikogo na tyle, żeby chodzić do knajpek i się bawić, przynajmniej na razie. Koreańczycy to naprawdę mili ludzie a młodzi Koreańczycy są bardzo rozrywkowi i fajnie spędza się z nimi czas. Powiedziała też, że chciała spróbować większej ilości specjałów kuchni koreańskiej ale nudności pozbawiły ją tej możliwości. Zawiódł ją brak sklepów z pamiątkami (jak już mówiłem, Korea nie jest typowym krajem turystycznym jak np. Tajlandia), niewielka ilość knajp z europejską kuchnią, mała ilość atrakcji turystycznych (a jeśli są to nie mieliśmy możliwości ich zobaczyć), dosyć wysokie ceny owoców.

Miałem dziś możliwość pojechać na mistrzostw różnych sztuk walk na które Liz Ju jechała ze swoimi uczniami ale zdecydowałem się zostać z Adrianną.

Wieczorem aż do północy oglądaliśmy filmy na laptopie (błogosławiony dysk zewnętrzny 250giga:)

Niedziela, 15 lipca – prawie cały dzień spędzony w naszym lokum

Poniedziałek, 16 lipca – zastanawiamy się nad wcześniejszym powrotem

Liz Ju umówiła się ze mną o 10.30. Dlaczego tak wcześnie jeśli trening mamy o 14.30??? Przyszedłem do dojang Grandmamstera ale Liz Ju przybyła dopiero po 40 minutach. Spytałem dlaczego tak wcześnie się umówiliśmy i dowiedziałem się, że myśleli o tym żebym pouczył ich Taekwon-do a oni pouczyliby mnie Hapkido. Spytałem więc czy się przebieramy ale Liz Ju powiedziała, że Grandmaster nie czuje się najlepiej, no i nic z tego nie wyszło. Ok 12ej pojechaliśmy do dojang Liz Ju, pomogłem posprzątać salę i czekałem na pierwszy trening. Treningi poszły jak zwykle, dużo w przerwach bawiłem się
z dzieciakami mieczami z gąbki.
Dzieciaki chyba mnie lubią, przychodzą w przerwach, zaczepiają mnie i zagadują, chcą się ze mną bawić.

Wieczorem wysłałem maila do Aeroflotu ( naszego przewoźnika – rosyjskich linii lotniczych) odnośnie możliwych terminów wcześniejszego powrotu. Myślałem o powrocie pod koniec lipca lub na początku sierpnia, żeby przygotować hapkidowców i dać czas prezydentowi Kimowi na przysłanie innego instruktora na moje miejsce.

Wtorek, 17 lipca – dzień wolny

Cały dzień w pokoju, dwie godziny na necie. Aeroflot odpowiedział, że nie ma wolnych miejsc na terminy pomiędzy 28 lipca a 13 sierpnia. No to mamy problem.

środa, 18 lipca – początek Kumdo, początek końca

Umówiłem się z Liz Ju, że odbierze mnie z naszego zakwaterowania o godz 11 ale przyjechała o 12ej za co przeprosiła. Generalnie męczy mnie trochę to, że treningi zaczynam o 14.30 a często już o 10 lub 11 mnie odbierają albo proszą o przyjście. Pojechaliśmy odwieźć samochód jej brata i odebrać jej busa. Zapomniałem wspomnieć, że każda dojang ma swojego własnego, oklejonego kolorowymi reklamami szkoły, busa którym przywozi i odwozi dzieci. Rodzice są zbyt zajęci, żeby przywozić pociechy na treningi a martwią się kiedy dziecko samo musi iść, niektóre dzieci mieszkają zbyt daleko na piesza wędrówkę, a są zbyt małe żeby jechać autobusem. Zobaczyłem koreańskie mieszkanie w 20 piętrowym wieżowcu. Niewiele różni się od naszych mieszkań na blokach.
Po przybyciu do dojang pomogłem drugiemu instruktorowi zmyć mopem salę i zacząłem treningi, które przebiegły jak zwykle z tym, że podczas jednej z przerw Liz Ju pokazała mi krótki schemat z Kumdo (droga miecza). Po treningu Liz Ju odwiozła mnie i powiedziała, że jeśli chcę zobaczyć trening Hapkido u Grandmastera to mogę pójść bo jeszcze powinien trwać, niestety załapałem się tylko na końcową komendę.
Wieczorem odbyliśmy z Adrianną rozmowę odnośnie wcześniejszego powrotu do Polski. Zła wiadomość to niepasujące nam terminy, a dobra była natomiast taka, że przerezerwowanie jest darmowe nie to co w „tanich” liniach lotniczych. Postanowiłem zadzwonić do Aeroflotu w czwartek i sprawdzić czy mają coś 27 lub 26 lipca.

Czwartek, 19 lipca – wiele się dzieje

Rano idę zadzwonić do Aeroflotu w Seulu. Bardzo słabo słychać z automatu w budce na ulicy ale dowiaduję się, że jedyny wolny termin przed połową sierpnia to 23 lipca czyli poniedziałek. Mam nielada problem, z jednej strony martwię się, że Adrianna będzie mogła potrzebować przedłużonej pomocy lekarskiej w szpitalu albo jakichś dodatkowych testów. Nasze ubezpieczenie pokrywa wydatki związane z ciążą jedynie do 100 euro (!). Sam test krwi i moczu przy ciąży to jakieś 200 dolarów. Jeśli miałaby pójść z jakiegoś powodu do szpitala to lepiej w domu, poza tym tutaj moglibyśmy się nie wypłacić. Ponadto, Adrianna już psychicznie nie potrafi wysiedzieć w tym pokoju w którym mieszkamy, a jak wracam po treningach i widzę ją to i ja wysiadam psychicznie. Z drugiej jednak strony trochę mi głupio tak wyrolować Koreańczyków. Prezydent Kim jest nastawiony, że będę tutaj do 24 sierpnia, a Hapkidowcy niedawno co załatwili mi zakwaterowanie. Chciałem zarezerwować powrót na koniec lipca lub początek sierpnia, żeby w ITF Korea mogli skombinować kogoś na moje miejsce i delikatnie nastawić ich do naszego wcześniejszego powrotu a nie jak grom z jasnego nieba.
Jednak po krótkiej rozmowie z Adrianną i przekalkulowaniu wszelkich za i przeciw postanowiliśmy wracać w poniedziałek. Koreańczycy i tak zaoszczędzili na naszym przelocie, który sfinansowaliśmy sobie sami. Nowozelandzcy instruktorzy mają opłacony przelot a i tak 4 instruktorów było na 1, 2 lub 3 miesiące wiec czym ja się przejmuję. Nie chcę jednak zostawić negatywnego wrażenia na temat Polaków więc musze to załatwić bardzo dyplomatycznie. Postanowiłem napisać emaila do Parka, żeby pogadał
z Prezydentem Kimem. Czy jest w stanie załatwić kogoś na moje miejsce. Jest jeszcze niewielki procent szansy, że zostaniemy do 15 sierpnia. Podczas pisania emaila do dojang przyszła Liz Ju. Chcąc być z nią szczerym postanowiłem opowiedzieć jej
o swoich dylematach. Powiedziałem, że możemy zostać do połowy sierpnia albo wracać
w ten poniedziałek bo tylko te terminy są wolne. Wspomniałem tylko, że jeśli wynikną jakieś komplikacje z ciążą to będzie więcej kłopotów dla nich i dla nas niż jak wylecimy za 4 dni. Po krótkiej rozmowie z Grandmasterem Liz Ju powiedziała, że rodzina jest najważniejsza i nie mam się nimi przejmować. Po chwili zadzwonił prezydent Kim
i powiedział, że przyjedzie w niedzielę i zawiezie nas na lotnisko, a więc sprawa przesądzona choć
u mnie pozostał cień niedosytu i troska z powodu niewywiązania się ze swoich zobowiązań. O 14 zacząłem prowadzić treningi. Miałem wrażenie, że Grandmaster jest
w złym humorze, zastanawiałem się czy chodzi o nasz wyjazd czy to z powodu dolegliwości zdrowotnych które ma od pewnego czasu. Choć w kontaktach ze mną jest bardzo miły to z sali widzę jak w swoim gabinecie siedzi pochmurny.
Zajęcia z pierwszymi czterema grupami idą bardzo dobrze. Trening ostatniej grupy, same nastolatki, ma rozpocząć się o 21.30. Ok 21.10 widzę, że trzech kolesi ubiera ochraniacze na piszczele, tułów i kaski. Najpierw pomyślałem sobie, że może będą ćwiczyć do jakichś zawodów i załapię się na jakiś sparring a’la WTF. Po chwili zobaczyłem jak Grandmaster się rozciąga i pomyślałem, że może będzie prowadził trening, żebym mógł sobie popatrzeć. Jakież było moje zdziwienie kiedy zawołał, pierwszego z kolesi w ochraniaczach i zaczął z nim walczyć a raczej go nieźle okładać. Zacząłem się ciężko zastanawiać co się dzieje! Reszta z adeptów siedziała na brzegu sali z minami tak wystraszonymi, że od razu było wiadomo, że to nie codzienne igraszki
i musi się dziać coś naprawdę niespodziewanego i zaskakującego. Spytałem jednego
z chłopaków siedzących obok mnie czy to normalne zajęcia i czy często tak się dzieje
a on na to, że nigdy. Zacząłem zastanawiać się nad powodem takiego zamieszania
i domyśliłem się, że to z mojego powodu. Przez kilka treningów uczyłem hapkidowców porządnych kopnięć ciągle przy tym powtarzając „power and accuracy” czyli siła i celność (bądź jak kto woli – moc i dokładność) dodając wielokrotnie „u nas w ITF robi się to tak”…
i łup jakaś technika. Doszedłem do jedynego wniosku w tym czasie, że Grandmaster w związku z moim wyjazdem chce mi pokazać jakie Hapkido jest twarde i skuteczne, tylko szkoda było mi tych chłopców, którzy cierpią z mojego powodu. Po występie ostatniego
ze „śmiałków”, zrobiłem dosyć głupią ale przemyślaną rzecz a mianowicie wyszedłem na środek dojang, stanąłem przed Grandmasterem i ukłoniłem się, czekając aż zrozumie, że z szacunkiem czekam na szansę sparingu z nim. On popatrzył na mnie, pokazał mi co dopiero „oklepanych” chłopaków, powiedział, żeby sparował z nimi po czym poszedł do swojego gabinetu. No cóż poczułem się spławiony. Jak chwilę wcześniej wspomniałem sprawa była przemyślana. Zdawałem sobie sprawę, że wyzywam Grandmastera w jego własnej dojang na oczach własnych uczniów. Plan był taki aby trochę poruszać się
w dystansie, zrobić jedną albo dwie techniki a potem dać się „pacnąć” i z respektem podziękować za walkę. Wiadomo było, że gdyby doszło do sparingu, nawet towarzyskiego to Grandamster nie mógłby stracić swojego autorytetu więc wiedziałem, że taka walka albo musiałaby zakończyć się moim poddaniem albo byłaby bardzo bolesna i przykra. Dla kogo bardziej? Muszę przyznać, że jak na prawie 40 lat, Grandmaster zaskoczył mnie swoja dynamiką.
Po tym wydarzeniu, będąc dalej w szoku i nie mogąc zrozumieć sytuacji poprowadziłem trening do walk. Po treningu pojawiła się Liz Ju. Powiedziała, że Grandmaster zadzwonił do niej, żeby przyjechała i wyjaśniła mi co się stało bo mogłem odnieść mylne wrażenie odnośnie zaistniałej sytuacji. Liz ju powiedziała mi, że tych trzech kolesi coś głupiego
o mnie wygadywało i chcieli się ze mną spróbować oraz, że była to obraza dla Grandmastera i postanowił dać im lekcję. Ja powiedziałem, że nic nie rozumiałem z tej sytuacji aż do teraz i bardzo przeprosiłem Grandmastera za moje zachowanie. Liz Ju zapytała mnie też czy filmowałem to wszystko, odpowiedziałem, że tak i spytałem czy Grandmaster chce abym usunął te filmy. On odpowiedział, że zrobię jak uważam, więc usunąłem dla jego dobrego samopoczucia, choć jeden dla siebie zostawiłem na pamiątkę. Potem przepraszałem jeszcze kilka razy, głupio mi było, że się tak wyrwałem.
Po treningu zostaliśmy zaproszeni na kolację i długo rozmawialiśmy. Usłyszałem parę bardzo ładnych komplementów odnośnie mojej pracy instruktorskiej. Rozmawialiśmy o sztukach walki, Polsce i Korei. Dowiedziałem się między innymi, że szkółki WTF maja po 200 a nawet 300 adeptów, a składka w wysokości 100 dolarów to niska opłata za treningi. Liz Ju powiedziała mi, że zaproszenie instruktora ITF do Namyangju, aby uczył w dojang hapkido było pomysłem Grandmastera a ona była temu przeciwna ale zmieniła zdanie i jest teraz bardzo pozytywnie nastawiona na następnego instruktora z ITF. Zaproponowała też wymianę adeptów w wakacje letnie. Powiedziałem jej, że z polskiej strony może być to problem bo są to duże koszty ale jak najbardziej zaprosiłem adeptów z Korei do Polski. Jest 3.45 w nocy, idę spać 😉

Piątek, 20 lipca – nic ciekawego

Sobota, 21 lipca – Seul, kupowanie pamiątek

O 11 miał przyjechać po nas Grandmaster ale przyjechała Liz Ju. Po drodze na stację kolejową, która okazała się być jakieś 15 min piechotą od miejsca naszego zakwaterowania, wstąpiliśmy do supermarketu bo Liz Ju bardzo chciała kupić nam jakiś prowiant, choć mówiłem że w Seulu coś zjemy. Zależało mi aby do Seulu dojechać najwcześniej jak się da żeby mieć więcej czasu na zwiedzanie. W markecie dołączył do nas Grandmaster. Potem pojechaliśmy na małą stacyjkę ale okazało się że pociąg będzie dopiero za ok półtorej godziny więc zawieźli nas na większą stacje 15 minut jazdy samochodem dalej. Do Seulu udaliśmy się zwyczajnym pociągiem osobowym, który wyglądał lepiej niż nasze Intercity. Po dotarciu na stację kolejową w Seulu udaliśmy się do pobliskiej stacji metra. Chwilę zajęło nam jego rozpracowanie ale już po chwili podróży wysiedliśmy na stacji przy dawnym pałacu królewskim Gyeongbokgung.
Mieliśmy szczęście bo akurat trafiliśmy na ceremonię zmiany warty. Pałac był kilkakrotnie odbudowywany i jest bardzo rozległy. Dalej poszliśmy w stronę muzeum ale nie wchodziliśmy tam. Wracając do stacji metra przeszliśmy obok niepozornego budynku
w którym mieści się ambasada Polski.
W dalszej kolejności pojechaliśmy na stację Jongdo, w pobliżu której mieści się następny pałac oraz popularna wśród turystów ulica Insa-dong, na której można kupić różnego rodzaju pamiątki czyli tzw. masówkę:). Przy tej samej ulicy mieści się wiele galerii sztuki. Jako że Adrianna była zmęczona postanowiliśmy poszukać pokoju na nocleg przed zakupami i dalszym zwiedzaniem. W informacji turystycznej nieopodal pałacu otrzymaliśmy namiary na dwa guesthousey. Po drodze do jednego z nich napotkani dwaj mili Koreańczycy zaprowadzili nas do pobliskich hotelików, gdzie wybraliśmy sobie pokój na nocleg w stylu koreańskim (spanie na materacach na podłodze) w cenie 45 dolarów. Po 2 godzinach odpoczynku udaliśmy się na ulicę Insa-dong. Po drodze ponownie spotkaliśmy tych samych dwóch Koreańczyków, którzy wskazali nam drogę. Na Insa-dong spędziliśmy resztę czasu kupując pamiątki dla naszej licznej rodziny.

Niedziela, 22 lipca – zwiedzanie Seulu

Rano wyruszyliśmy na zwiedzanie Seulu. Niestety Adrianna nie czuła się zbyt dobrze ale dzielnie dawała sobie radę. W pierwszej kolejności zwiedziliśmy następny pałac Changdeokgung z dynastii Joseong, z ogrodem będącym miejscem wypoczynku króli. Pałac ten wpisany został na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Pałace w Seulu są bardzo rozległe, piękne i robią duże wrażenie ale są bardzo do siebie podobne jeśli więc widząc jeden to tak jakby się widziało wszystkie.
Potem odwiedziliśmy raz jeszcze ulicę Insa-dong żeby kupić resztę pamiątek.
Po zjedzeniu lunchu w McDonaldsie :) udaliśmy się na wieżę widokową, znajdującą się na wzgórzu. Pojechaliśmy taksówką, bo jak się okazało, na krótkich dystansach (kilka stacji metra) koszt jest ten sam a jest wygodniej niż metrem. Na wzgórze dostaliśmy się kolejką linową. Na górze zobaczyliśmy panoramę Seulu, przykrytą niestety gęstą warstwą smogu zmieszanego z chmurami, tak więc widok nie był za ciekawy. Żałowałem, że nie wybraliśmy się tutaj po zmroku poprzedniego dnia, widok na pewno byłby lepszy.
Następnie wybraliśmy się do skarbu narodowego nr 1 w Korei, bramy Namdaemun. Brama ta była największą bramą wjazdową do miasta i zamku. Obecnie znajduje się ona na rondzie w centrum miasta i otoczona jest biurowcami. Obok bramy znajduje się największy tradycyjny targ koreański. Na kilku ulicach, wokół okolicznych bloków można kupić wiele rzeczy, od ciuchów za grosze i podrobione produkty znanych marek do jedzenia i nalewek z korzenia żeń-szeń. Po wizycie na targu udaliśmy się na stację kolejową Cheongnyangni, z której wzięliśmy pociąg powrotny do Namyangju a dokładnie do Maseok.

Przez te dwa dni zobaczyliśmy tylko ułamek atrakcji turystycznych Seulu i bardzo żałowaliśmy, że nie pojechaliśmy tam wcześniej i na dłużej. Pobyt w Seulu uświadomił nam, że Korea jest jednak atrakcyjnym miejscem jeśli się choć trochę ją zwiedza,
a miejsc do zwiedzania jest jeszcze kilka. Bardzo żałowałem że nie daliśmy rady pojechać na jednodniową wycieczkę do strefy zdemilitaryzowanej czyli na granice Korei Południowej i Północnej gdzie można zobaczyć umocnienia obronne.

Po powrocie spotkaliśmy się z Grandmasterem, Prezydentem Kimem, Jangiem i Estee (nową instruktorką z Nowej Zelandii). Późnym wieczorem poszliśmy na pożegnalną kolację, podczas której usłyszałem wiele komplementów zarówno pod swoim adresem jak i polskiego Taekwon-do. Hapkidowcy bardzo chcieli dostać następnego instruktora
z Polski, a sam Prezydent Kim prawie błagał mnie abym postarał się zainteresować polskich instruktorów wyjazdem do Korei, pomimo że jest kilku chętnych instruktorów
z Nowej Zelandii chcących tutaj przyjechać.

W poniedziałek o 12 mieliśmy wylot powrotny. Prezydent i Jang umówili się z nami na
7 rano żeby nas odwieźć na lotnisko ale wsadzili nas rano w poniedziałek do autobusu, którym na szczęście bez problemów dostaliśmy się na lotnisko.

PODSUMOWANIE

Korea jest ciekawym krajem. Ludzie są bardzo życzliwi i mili choć niewielu mówi tutaj po angielsku. Jak już wspominałem na moje odczucia duży wpływ miało kiepskie samopoczucie mojej żony i brak atrakcji. Myślę że gdyby czuła się lepiej to zostalibyśmy do końca, zwiedzając co się da w weekendy, które są wolne od zajęć.
Treningi prowadzi się ok, pomijając dotychczasowe umiejętności adeptów i bardzo wymieszane grupy.
Jeśli chodzi o pogodę to było ciepło, a w sierpniu ma być nawet cieplej. Niepotrzebnie wziąłem 5 par długich spodni bo chodziłem praktycznie w szortach.
Jeśli chodzi o brak zagwarantowanych atrakcji podczas mojego pobytu to po powrocie dowiedziałem się od Christine, że trzeba było być bardziej nachalnym. Miałem się po prostu wszystkiego domagać.
Jedzenie jest dobre choć ostre i żałuję że nie spróbowałem wszystkiego co się dało.
Ogólnie naprawdę zachęcam do wyjazdu, szczególnie tych, którzy nigdy nie byli w Azji. Jest to wspaniała przygoda, możliwość poznania cudownych ludzi, utwierdzenie się
w tym, że polskie TKD jest THE BEST i tanie wakacje oraz możliwość zarobienia paru groszy. Myślę, że gdyby nie zaproszenie Koreańskiego Związku TKD to nigdy nie odwiedziłbym Korei, choćby ze względów finansowych.

Jeśli ktoś miałby jakieś pytania odnośnie wyjazdu to proszę o maila, chętnie odpowiem
i doradzę.

PS. Instruktorzy potrzebni od zaraz!!! Mogą być studenci ze stopniem min. I dan i płynną znajomością angielskiego w mowie. Kontrakt na 6 miesięcy lub dłużej. Jeśli jakieś osoby byłyby zainteresowane wyjazdem proszę o kontakt po angielsku z Panem Park Cheol Ho, email: gorrillar@hanmail.net i z Prezydentem Kim Boem Suk, email: dojugong@naver.com

Dodaj komentarz